bezruch
ruchu
fajek
między ścianą a lustrem zapach poćwiartowanych
konceptów prochu siarki a może nawet
międzygwiezdnego pyłu o ile to nie kurz —
tak po prostu szary że można nim oblepić każdą
komórkę doby a i tak wystarczy na wieki wieków
amen
[odmowa dostępu]
byle oddech może zdmuchnąć szczelinę w drzwiach
i wtedy znowu jest jasno a powietrze smakuje
powietrzem zamiast skakać do gardła jak nieoswojony
kwietyzm lub oprawiona w ramki ekranu
tęsknota za grzechem
chce:
na chwilę zapaść się w sobie i nie wychodzić
aplikowane dożylnie emocje uznać za własny
kręgosłup i na Boga! [stop archaizm] uwierzyć
w prawdę przeszczepu bo inaczej zwyczajnie
zniknie
a jednak stanie się znów:
czarna plansza słowa zafiksowane ostatnie litery
przed początkiem końca i zamiast wspak —
naturalny do obrzydzenia obrót rzeczy
powszednich
[reset]
nikt
nikt nie przekonać ćpuna że lepiej jest tylko naprawdę
zimna suka na sygnale przecina miasto
pod prąd
potrąca staruszki wygina tory tramwaje
spycha z ustalonych (załącznik nr pięć)
linii transsyberyjskich
miesza poprzecznie prążkowane pewniki
ciała
z kieliszkiem w dłoni
staje za plecami kieruje ruchem wstrzymuje
przepuszcza unosi powyżej ud mgliste
spojrzenia przechodniów
maluje usta dobranym kolorem słowa
albo milczy i czeka (obcasy papieros
lusterko) na odpowiednią chwilę
wie
prędzej czy później zgaśnie światło
pęknie lód skóry –
na (mojej) twarzy uśmiech
kobiety z obrazu
cień
wypełza z bieli pociętej drobnymi
żyłkami zero-jedynek
wokół słowa
(łuszczą się jak farba
na portrecie doriana graya)
2.
parzy bezmyślnie żeby zapomnieć
o kryształkach soli na własnej skórze
o braku kropek
zdania pączkują i giną zanim dotkną
brzegu istoty rzeczy
3.
niepotrzebnie
4.
wystarczyłoby odwrócić głowę
na horyzoncie wzgórza krainy "nigdzie"
eolia albo żagiel łódeczki z kory drzewa
wiadomości złych i jeszcze gorszych
5.
czekamy na odpływ lub przypływ
(nieważne)
grzęznąc w przybrzeżnym piasku
z wykałaczkami w dłoniach
my
kasztanowi pod łupiną kartki
wioślarze słów
a w piątek tuwim siedzi na ramieniu
i wykłada uszy słowami do rymu
biegam po mieście cokolwiek zawiana
wrześniem
pryskają spod stóp koty zielone
i bardzo nie-bieskie biesy
ulica szepcze jak kochanek z obrazu
do porcelanowej pasterki
i jest mi tak sielsko-diabelsko
ze szczyptą glukozy
że wieszam na czubkach latarni
uśmiechy
rozbłysną wieczorem po winie
gdy wreszcie wyjdę z piwnicy
pijana jazzem i dymem
a potem rzucę się wpław przez ulicę
na wschód od edenu
tam w Niebie dalej gra na pianinie
księżyc z tektury
po ścianach wspinają się cienie
wygasłych wierszy
i patrzy na gości zza lady
barmanka ubrana w słowiki
za to nad miastem zawisło klasycznie
niebo z piernika
odgryzam kawałek i znikamw przydrożnej
chmurze podobnej do kantyleny
utkanej ze słów
może być cieszyn
albo wiedeń
rękawiczki karnecik pasek z kutego srebra
i hoczki w kształcie aniołów lub skrzydeł motyla
zatańczyć na weselu (niekoniecznie własnym)
w istebnej
zaduch ciał tak blisko czyjeś ramię kroki mylone
bo wódka zbyt szybko idzie do głowy
potem jeszcze dzwonki przy saniach —
ochrypły głos niesie przez rzekę zapowiedź
rychłych poprawin
a jo ci powiadam nie pij okowitu
bo ci nózki pójdą haw i tam, tu i tu...
w krakowie zajrzeć do michalika
na kawę z wkładką
i podglądać wyspiańskiego zza grzbietu
starego pianina które jak kot pręży się
pod palcami pianisty
ugniatać minuty jak wosk bez obaw
mieszać czasy i tryby a na koniec
wplątać we włosy czarnej madonny
dym
pasą się pasą barany na rynku
między sukiennicami
pasą się pasą wiersze
a kroki zagłusza niepewność —
zapada się w nią z każdym kolejnym
mrugnięciem żarówki
mówi chociaż nie wie o czym
niedługo dostanie piętnaście punktów
w skali której nie rozumie a dodatkowo
haft krzyżykowy pod dolną wargą
i zastrzyk
oczy lekarza są czarne
na wskroś przeszywają
uskoki czaszki
z lawy wyłania się pies —
tym razem też nie uratuje pompei
przed latawcami popiołu
wie o tym
wędruje wspina się po zębach
aż do kopuły bizantyjskiej katedry
tam przystaje zdziwiona że księżyc
zwisa głową w dół jak postać
z karty tarota
nagle ktoś chwyta ją
i przywiązuje do ziemi
żelaznym łańcuchem
wraca
bierze do rąk wiosło i pozwala galerze
sunąć w kierunku górzystej ajai
po brzuchach fal
noc z 19 na 20 lipca 2008
całkiem dosłownie zbiera zęby z podłogi
śliskiej od mydlin —
czyjeś dłonie okrywają jej uda kawałkiem tynku
a może mgłą malowaną w gwiazdy i księżyce
jarzeniówki patrzą jej w oczy
zerwała się nić łącząca kawałki w całość
więc noga palec twarz a nie ciało
tak dobrze znajome posłuszne drgnieniom powiek
niewidocznego lalkarza
pełne muzyki
teraz tylko rytm bęben tłukący się w piersi
pałeczki rąk przyciśniętych do skroni i kleks
jak klucz basowy na poskręcanej reumatyzmem
pięciolinii ręcznika
nie patrzy w lustro bo wie że zobaczy
cień czarownicy na swoich wargach
uspokaja oddech i kropla po kropli wysysa ciszę
słoną od norwidowskich przemilczeń
albo od krwi
noc z 19 na 20 lipca 2008
do kawałków lustra
kurczy się i wije jak myśl tuż przed świtem
albo rozciągnięte na blacie ciasto nagiego ciała
nie zabiją tylko zagrają — a ty w takt!
na trzy-czwarte lub sześć-ósmych
kolebie się czas powieszony na żądle zegara
nogi splątane w węzeł gordyjski
przecina rozkaz
żeby uciec trzeba by odkopać wolę
która gnije głęboko pod ziemią
ale łopata nie leży w dłoni wolnej od widma pęcherzy
na lipie przydrożna kapliczka
patrzy z góry
święty antoni sczerniały od wielozim i wiatrów
w oczach ma tylko drewno a między fałdami szaty
korniki ryją labirynt bez końca i bez początku
już nie pachną tuszem ale dalej tłumią widok
i gryzą palce
tak chętne tak nie do życia pełzną wzdłuż sztachet
czepiając się tych kilku zdobień których
nie zdążyły obtłuc dzieciaki z sąsiedztwa
a przecież sens jak dawniej stoi kolumną koryncką
i liczy lata —
tak daleko frontowej bramy
można jeszcze przystać na banał
co się dzieje? nie odpowie stróż nocny ani tabliczka
nie deptać zieleni ani nawet przestrzeń między jednym wersem
a drugim
kolejny niepotrzebny patos i trochę nadziei na wódkę
którą stróż zostawił przy słowie epistemologia
być może bez żadnego podtekstu
który gniotę w palcach
już nie pomoże na skaleczenia babka
krwawnik wdeptany w dno autobusu
melisa wypita przed snem
na pohybel problemom
teraz za oknem wisła popielna
płaczka rozdarta na pół przęsłami mostu
patrzę między hieroglifami deszczu
miasto
brodę opiera na dłoniach
i chyba tęskni za średniowieczem —
wystrzałem gotyku w niebo
zamknięte od środka
na haczyk
bo gdyby nie sztuczna
byłaby dwa razy cięższa
od ciężaru czekania
na cel
oplątana nićmi wpatruje się
w cudzą obecność jak
w oddech rysujący na szybie
kawałki wiatru
obłożyli mną kwadrat blacha rozdziera skórę
trzeba zszyć zanim konsument odkryje bubel
produkcja chińska materia niknie w palcach
ale tanio!
jak tanio można kupić jeden z kolorów tęczy
i dobrać klapki torebkę okulary jak z filmu
o gangsterach i dobrym gliniarzu z dzielnicy
kozłów ofiarnych
przetarty na łokciach żołądek nie ten co trzeba
chociaż baba mówi że pierwsza klasa
i ślicznie mi w niebieskim że te oczy —
że gdybym chciała to pierwsze strony gazet
oczywiście w nowej bluzce
warto dołożyć trzy złote i cieszyć się
parą świeżych myśli
wciągnąć na stopy i wtulić palce w ptasi puch
ptasie mleczko zagryźć
rozszarpać na strzępy etykietę co genezą sięga
stodoły pana józka i jego marzeń
o prawdziwie europejskiej butelce wódki
nie kupujesz? to idź w diabły!
a trójkąty koła nawlecz na sznurek i odłóż
taki trik że niby umyślnie i wcale —
wcale nie dojdę do bramy między straganami
noga ręka ucho i zaplątane w sobie
tak bardzo kolorowe
nici
ustrojony kartkami jak jaśminem
pozwala patrzeć na siebie — choć niechętnie
a każda pręga zwija się w malutki bezczas
koraliki minut nie minut owijam
wokół nadgarstka
są miękkie i pachną wczorajszym słońcem
mrugają oczami rumianków
zwinięty w kłębek marzy o sroce
która uciekła na inną gruszę
skrawek perskiego dywanu
nie umie już fruwać
ale wąsy nadal wskazują okręt sindbada
nadal czeka na przypływ —
mój kawałek baśni tak spokojny
wśród książek
mój kot na prześcieradle druku
pełzną wzdłuż boków serpentyny
szlaczki rzeźbiąc w ciele
chrząszcze
chrzęst stawów od kciuka po piętę
w długich austrowęgierskich butach
marsz
a trąbka w tle o kochanku co nie wrócił
i kwiatach wplecionych w warkocze
długie długie nogi czuję na skórze
jak stepują obrót i skok
chrząszcze
tłucze się we mnie olbrzym
ten z legendy a może z baśni
i między palcami wypalone miejsca
po kulach szwedzkiego najazdu
coraz wolniej bo ciało ze smoły
toną aż po czułki
chrząszcze
nie ma powrotu z mostu tylko
dwie cebule zostawię na jutro
przez ramię aż po udo tango
owadzich skrzydeł
jak blisko jak cieleśnie!
pod paznokciem i w ciepłej jaskini ucha
trwa czystka mitów
i dymy czuć jeszcze dymy!
ostatnich kuchni polowych
między kawą a kuflem piwa
skacze ciśnienie na jednej nodze
cały strych w poszukiwaniu szpar
których i tak
nie zakleję
tak niedoskonały haft pajęczyn
i widmo pelargonii w oknie
bez powiek nawet gołąb
cały w bemolach
nie odleci
między kawą a kuflem piwa
rośnie człowiek z przerwą
na czyściec
niesytość niesytość strychu
niesytość niesytość strychu
gratów szkieł rozbitej puli
twarzy spłaconego wieku
i katarynki
co wciąż co wciąż od nowa
żeby nawlec korale na włos
nie rozdzielać na czworo
nie szukać szpar
pod chustami co gniazdem
myszy
niesytość niesytość strychu
niesytość niesytość strychu
żeby znaleźć drabinę i szczebel
za szczeblem wkroić
w samą głąb słoika tam gdzie
lewa strona ze szwem
i truskawki
niesytość niesytość strychu
między kawą a kuflem piwa
rośnie człowiek z przerwą
na bunt
jest tylko za blisko i nie sięgam —
czyjaś dłoń zaciska się w młotek
ku niemalowanemu
gdzieś między półkami
okiem kasjerki i ukłonem
(bez oklasków pogłowie! pogłowie!
jak z bachicznych płócien malczewskiego )
jest trochę wolnego miejsca
na gwóźdź
i łańcuszek czosnku
po nim po drabinie łusek
wspina się faun
gdzieś na strychu
muzy jeszcze grają
w pokera
a na czarnej blasze piernik w grozie rozrostu i pęka piekło
na pół słodycz powideł ścieka między palcami judy
armageddon igieł
jarmark wspomnień dawne wigilie splecione w łańcuch
błyszczy oko anioła z przetrąconym skrzydłem
on śpiewa że narodził się znów
Podobno w knajpie, tak mówi barman, co wie wszystko,
ktoś rzucił kuflem i krzyknął: stawiam!
(nawet śmiech może dźwięczeć wódką
o czwartej nad ranem)
Urodził się dzisiaj, wcześniak, to przez wysiłek i osła,
bydle ryknęło nie w porę. I masz, stawiam,
za spokój, którego nie będzie, wypij, niech się zmarnuje świat!
Tak było - twierdzi barman, w jego dłoniach miga
bombka za bombką, pokal i inne szkło.
Zabrakło miejsca, parking pełen - pan wiesz, ostatnie zakupy
i osioł zdechł za wygódką w pokrzywach.
Pili długo, wymiotłem szufelką dopiero o świcie,
a do świtu daleko jak do chińczyków i pod górkę,
rowerem nie zdzierżysz!
Śpiewali... co? Pewnie jakąś kolędę, bo zwrotki w pamięć
jak w masło, nie widziałem ich więcej.
a na czarnej blasze piernik w grozie rozrostu i pęka piekło
na pół słodycz powideł ścieka między palcami judy
armageddon igieł
jarmark wspomnień puchnie chęć od wysiłku żeby jak najlepiej
żeby to był właśnie ten czas i to miejsce
być może jest
ale ludzie już nie ci sami
