Home

Advertisement

Customize
 
 
20 August 2008 @ 03:28 pm
Kociara  
jednodniówka (niedokończony maraton literacki VIII/IX 2008)


Wstał, żeby wstawić wodę na kolejną herbatę. Nie dotarł jednak do szafki, na której stał czajnik, zatrzymał się w połowie drogi. Zmierzchało. Pomyślał, że to koszmarne; dochodziła dopiero dwudziesta, jeszcze miesiąc temu o tej porze było całkiem jasno! A teraz powietrze pachniało już jesienią, wieczonym chłodem, deszczem. Był początek września, a on czuł się tak, jakby tylko krok dzielił go od listopada i niekończących się ciemności.

- O czym tak intensywnie rozmyślasz? – Piotrek podniósł głowę znad książki. On, w przeciwieństwie do współlokatora, uwielbiał jesień. Mógł wtedy bez wyrzutów sumienia zaszywać się w pokoju i udawać, że świat zewnętrzny nie istnieje.

Rafał nie odpowiedział, odsunął tylko firankę i wyjrzał przez okno. Widok nie był zbyt efektowny. Niewielką przestrzeń między secesyjnymi kamienicami, z których sypał się tynk, wyłożono betonem. Na środku stał trzepak, a właściwie dwa zielone słupki, żałośnie sterczące w górę. Nie było tu ani huśtawek, ani piaskownicy, dlatego dzieciaki wybrały ulicę, zamieniając ją w swój prywatny plac zabaw.

Podwórkiem rządziły koty.

Mieszkały w piwnicach i było ich naprawdę wiele, mimo trutek, wykładanych systematycznie przez lokatora spod siódemki. Toczyły ze sobą wojny, zawierały sojusze, obierały monarchów, nocami wyśpiewywały miauczące memento. Prawdopodobnie poradziłyby sobie bez niczyjej pomocy, ale byli tacy, którzy – wbrew nagonce pana od trutek – dokarmiali je, szczególnie w trudnym dla nich okresie jesienno-zimowym.

Do tych osób należała dziewczyna, która właśnie weszła na podwórko, dźwigając torbę z suchą karmą.

- Kociara przyszła – mruknął Rafał i sięgnął po kawałek chleba. – Ona jest niemożliwa! Wiesz, ile musi wydawać forsy na to kocie żarcie? A nie wygląda na milionerkę.

- Daj spokój, niech robi, co chce, skoro ją to bawi. A zresztą może pracuje w schronisku?

- Gówno prawda, jest kelnerką w “Atlancie”. Wiem, bo byłem tam niedawno z Magdą. Całkiem mnie zatkało. Nawet nie umiesz sobie wyobrazić, jak ten dziwoląg wygląda w fartuszku...!

Piotrek skrzywił się nieznacznie.

- Jesteś podła szuja, Raf. Dlatego bądź łaskaw zamknąć twarz. I zrób mi wreszcie tej herbaty.

Rafał wzruszył ramionami. Dalej obserwował dziewczynę, która wsypywała właśnie karmę do misek. Koty czekały spokojnie, nie zbliżajac się nawet na krok – z doświadczenia wiedziały, że ludziom lepiej nie ufać.

Nie była ładna. Jasne, postrzępione kosmyki, spadały jej na plecy, czasem splatała je w

cienki warkoczyk. Gdy szła, garbiła się, jakby chciała się ukryć sama w sobie. Prawdopodobnie marzyła o tym, żeby być niewidzialną. I, w pewnym sensie, tak było, ponieważ ktoś, kto ją zobaczył, bardzo szybko o niej zapominał. Doskonale wtapiała się w tło.

- To obsesja – Piotrek pokręcił głową. – Codziennie obserwujesz tę dziewczynę i wygadujesz bzdury. Może lepiej się z nią umów, co?

- Zwariowałeś? – prychnął Rafał. – Musieliby mi sporo zapłacić za takie poświęcenie! To wariatka. Kto normalny poświęcałby tyle czasu zwierzakom? Lubię koty, ale w małych ilościach. Czyste i pasujące do tapicerki. Koty w nadmiarze są niebezpieczne, Biedrzycki ma absolutną rację!

Piotrek nie zamierzał wdawać się w dyskusje, nie miało to większego sensu. Machnął tylko ręką i wrócił do lektury. Z doświadczenia wiedział, że pogadanki umoralniające nie odniosłyby żadnego skutku, jego wspólokator bywał wybiórczo głuchy, gdy chodziło o niepozorną sąsiadkę z drugiego piętra. Trudno powiedzieć, dlaczego tak bardzo go drażniła. Nigdy przecież nie zamienił z nią ani jednego słowa! A jednak reagował na nią bardzo źle i nie umiał powstrzymać sarkastycznych komentarzy na temat jej wyglądu i zachowania.

- Chyba mam na nią alergię – stwierdził w końcu Rafał. Z rezygnacją. Gdy tylko dziewczyna zniknęła na klatce schodowej, podwórko wypełniło się kotami, które nie pogardziły bynajmniej zgotowaną dla nich ucztą.

Zaciągnął więc zasłony, żeby dłużej nie psuć sobie humoru.

 

 

*

 

Następnego dnia Piotrek postanowił powędrować do biblioteki, w celach, o zgrozo, naukowych. Pisał doktorat. Z pełnym zaangażowaniem. Rafał wyśmiewał wprawdzie to zaangażowanie niemal codziennie, ale Piotra bynajmniej to nie zrażało, bardzo dobrze czuł się w akademickim półświatku. Wróżono mu karierę, stałą posadę miał już właściwie w kieszeni. Niewiele go to jednak obchodziło. Tak naprawdę zależało mu tylko na jednym – na świętym spokoju. Kontakty z dawno umarłymi bohaterami historycznymi odpowiadały mu zdecydowanie bardziej, od użerania się z żywymi przedstawicielami gatunku homo sapiens. Kroniki nie gryzły. A co najważniejsze, nie żądały natychmiastowej reakcji. Piotr zaś miewał z natychmiastowymi reakcjami spore problemy.

- Cholera, powinienem jej pomóc – mruknął do siebie i zawrócił. Dziewczyna pokonała już niemal całą trasę od przystanku do kamienicy, dogonił ją przed samymi drzwiami.

- Dzień dobry – powiedział. – Widzę, że dźwiga pani straszliwe ciężary, może mógłby pomóc?

Oczy miała jasnozielone, ładne. Zupełnie nie pasujące do reszty fizjonomii.

- Dziękuję, ja... – zawahała się. - Faktycznie, ciężkie. Dziękuję.

Chwycił reklamówki, szybko weszli na drugie piętro. Nie próbował nawiązywać rozmowy, był w tym równie kiepski, jak w błyskawicznym reagowaniu. Milczenie wydawało mu się najrozsądniejszą opcją.

Na drzwiach nie było tabliczki z nazwiskiem, chociaż dziewczyna mieszkała w kamienicy już co najmniej rok. Nie wiedział nawet, jak się nazywa. Ani jak ma na imię. Nagle zaczęło mu to bardzo przeszkadzać.

- Jeszcze raz dziękuję – uśmiechnęła się, czy może raczej skrzywiła wargi. Przez chwilę szukała kluczy w torebce.

Nie mógł oderwać od niej wzroku, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego. W jej twarzy, oczach, było coś dziwnego; jakby nagle prysła iluzja, jakby czar niewidzialności przestał działać. Piotr poczuł, że ogarnia go niepokój.

- Do widzenia – wydukał i pobiegł na dół, nie czekając, aż zniknie za drzwiami swojego mieszkania. Nie mógł wiedzieć, że nie weszła do środka od razu. Przez chwilę stała, obracając klucz w dłoni, jakby się nad czymś zastanawiała. Nuciła coś pod nosem.

Klucz rozbłysł w półmroku i zgasł.

 

*

 

Gdy wracał z randki, niezbyt zresztą udanej, usłyszał w radiu komunikat, który wytrącił go z równowagi. Poprosił kierowcę autobusu, żeby podgłośnił radio.

- O kurwa – mruknął, bo jazgot syren w pełni potwierdzał komunikat. – To przecież niedaleko Biblioteki Uniwersyteckiej!

Podobno kierowca ciężarówki stracił panowanie nad pojazdem, wjechał na chodnik. Wcześniej zdołał wyrzucić z toru jazdy autobus, wszystko runęło, jak ustawione obok siebie kostki domino. Zabici. Ranni. Coś podobno wybuchło, dawno nie było w mieście tak koszmarnego wypadku!

Oczywiście Piotrek od dawna siedzi w domu, tłumaczył sobie. Nie jest przecież takim idiotą, żeby ślęczeć tak długo nad tekstami źródłowymi! Bibliotekę zamykają o dwudziestej, teraz dochodzi dwudziesta trzydzieści...

Piotrek jest idiotą. Jeżeli pracuje, przestaje zwracać uwagę na upływ czasu. Pewnie musieli go siłą wyprowadzać z czytelni, a on jeszcze błagał o dodatkowy kwadransik.

Nie wytrzymał, z przystanku do domu ruszył biegiem. Nie wierzył w złe przeczucia, ba, wyśmiewał tych, którzy wierzyli, a jednak pobiegł, chociaż zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to niedorzeczne. Chyba, że ktoś chce ćwiczyć kondycję, myślał, jogging przed snem dobrze wpływa na krążenie. Świetnie się potem śpi. Tak, dzisiaj będę spał naprawdę wyśmienicie.

Gdy zobaczył z ulicy, że światło w mieszkaniu się nie pali, zamarł. A gdy usłyszał znajomy głos i poczuł, że ktoś ciągnie go za rękaw, o mało nie zemdlał ze strachu.

 

*

 

Na chwilę oderwał się od czytanego właśnie dokumentu, żeby dać odpocząć oczom. Popatrzył przez okno...

... i w świetle latarni zobaczył kota.

Zwierzę było ogromne, pręgowane, i ewidentnie patrzyło w jego kierunku.

- Czy to pies, czy to bies – szepnął, bo nie umiał przypomnieć sobie żadnego cytatu, który traktowałby o kotach – Chyba bies. Bardzo biesowaty bies.

Próbował wrócić do czytania, ale nie mógł się już skupić, więc w końcu zrezygnował. Pierwszy raz od dawna wyszedł z biblioteki pół godziny przed jej zamknięciem.

Gdy doszedł do przystanku, kot już na niego czekał. Potem wyprężył się, uniósł ogon do góry, i pomaszerował w stronę parku. Piotrek pomyślał, że nie zaszkodzi mu spacer, nie musiał przecież wracać do domu autobusem. Taka wieczorna marszruta jest doskonała dla zdrowia, oczywiście pod warunkiem, że człowiek nie natknie się po drodze na jakiegoś domorosłego pałkarza. Pałkarze nie mają jednak zwyczaju przemieszczać się po parkach przed dwudziestą. Przed dwudziestą siedzą zazywczaj w tanich pubach i piją tanie piwo z tanich, plastikowych kubków.

Droga przez park była naprawdę ładna, na dodatek dobrze oświetlona latarniami. Piotrek zdziwił się, że nie ma w okolicy spacerowiczów z psami. Rześki, wrześniowy wieczór sprzyjał przecież zdrowotnym spacerom, a jednak nie było nikogo, park świecił pustką. Kot nie wyglądał na zaskoczonego tym faktem.

- To oczywiście zupełnie niemożliwe – powtarzał sobie. – To niemożliwe, żeby ten kot mnie prowadził. Nie jest królikiem. A ja nie przeglądałem się w lustrze, więc nie miałem jak wpaść do... – żachnął się. – Co za bzdury!

Kot nie zachowywał się jak zwyczajny kot, chociaż być może winny był stłumiony blask latarni, zmęczenie Piotra, i niskie ciśnienie. Przedburzowe powietrze. Wiatr. W każdym razie Piotr, mimo silnego poczucia absurdu, w dalszym ciągu maszerował za swoim przewodnikiem. Który zresztą, prawdopodobnie przez zupełny przypadek, zmierzał w tym samym kierunku, co i on. Poczekał nawet na przejściu na zielone światło.

Zniknął, rozpłynął się mroku, dopiero na ulicy Jesionowej, czyli tam, gdzie mieszkał Piotr.

I Rafał.

- Hej! – krzyknął Piotrek, gdy spostrzegł współlokatora. Chłopak wyglądał tak, jakby był porządnie pijany, na dodatek nikogo i niczego wokół siebie nie zauważał. – Zamierzasz podziwiać jesienne niebo, czy wchodzimy do środka?

Tamten wzdrygnął się. Dopiero po dłuższej chwili spojrzał przytomniej.

 

*

 

- Cholerny dupku, nawet nie wiesz, jak mnie wystraszyłeś! – Rafał nie przejmował się tym, że słyszą go mieszkańcy wszystkich okolicznych kamienic. – Nic nie wiesz? Był wypadek. A ja myślałem, że będę musiał przekazać twoim rodzicom urnę z prochami!

- Może jednak wejdziemy do środka, co? – zaryzykował Piotr.

- Zaraz. Muszę się uspokoić. I gdzie ty się, do cholery, włóczysz na piechotę, co? Toż z biblioteki do nas jest co najmniej godzina drogi!

Gdzieś trzasnęło okno, obaj popatrzyli w tamtym kierunku. Za firanką mignęła czyjaś szczupła, chociaż niezgrabna, sylwetka. Potem zgasło światło.

Na podwórku miauczały koty. Słychać je było nawet przed domem.

- A właśnie, wiesz, przytrafiło mi się coś dziwacznego... – zaczął Piotr, ale nigdy już nie dokończył.

Na Jesionową wjechał z piskiem opon samochód i nie zatrzymał się w porę, nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy Rafał pobiegł za nim, wygrażając pięściami w bezsilnej złości.

 


koniec

 
 
 
 

Advertisement

Customize